poniedziałek, 3 maja 2010

była sobie przyjaźń...

Dziwnie się czasami losy toczą... Wydawałoby się, że tak niezwykłe się pojawia z drugim człowiekiem porozumienie.. po prostu cud nad cuda.... A tu nagle, nie wiadomo jak i gdzie następuje rozłam zupełny... I nie pozostaje nic.. poza zdziwieniem i smutkiem... Przykre... Tak właśnie skończyła się przyjaźń, która zdawało się, że będzie trwać i trwać... no cóż trzeba iść dalej... ale dlaczego? (to pytanie zapewne będzie wracało do mnie...)...
No nic... doświadczam nowych rzeczy... a mianowicie, że można mieć zapalenie całego człowieka.. czyli ból nawet paznokci... ;o).... Z drugiej strony pojawia się swoiste podsumowanie, że niesamowite rzeczy jesteśmy w stanie znieść...
Skończyło się PITolenie... z ulgą dotrwałam 30tego kwietnia do ostatnich rozliczeń klientów (i swojego... bleeeeeeee.. kwota podatku do wpłaty wprawiła mnie w osłupienie i wkurw....)...
Przez dwa dni nie byłam w stanie spojrzeć na papiery.. warczałam kiedy tylko się któryś odważniejszy napatoczył na oczy... No ale dzisiaj.. no cóż... niechęć niechęcią.. ale trzeba wracać do rzeczywistości...
Poszłabym sobie na koncert jakiś... taka to myśl mnie dzisiaj naszła... Niestetyż dopiero koniec maja pachnie czymś ciekawszym w Łodzi.. Niezwykle ciekawie zapowiada się Śpiewnik domowy Jana Kaczmarka w Wytwórni TOYA...spektakl stworzony przez Andrzeja Poniedzielskiego i Adam Opatowicza podejrzewam, że może być rozrywką na mocno wysokim poziomie... To będę miała na uwadze... No ale cóż wcześniej???? Gdzież zawlec wygłodniałe kulturalnego ogarka człowieka??
hmm... i tak mi się jakoś w tym wszystkim zaplątała ukochana od lat piosenka.. Jednym szeptem... Mirka Czyżykiewicza...

3 komentarze:

M. pisze...

Smutki mają małe wyczucie żeby tak się panoszyć w czas wiosenny ale ... Ten sam wywiad z Panią Stefanią usłyszałam w Trójce , mam nadzieję , że spotkała się ze swoimi przyjaciółmi...Tymi , którzy trwają poza czasem i przestrzenią . Jeśli coś się kończy ot tak ,to chyba w ogóle nie miało początku albo przyjażnią nie było.Jacyś tacy ułomni jesteśmy- ja od kilku dni podpieram złamaną przyjaciółkę,która "jest kochana ale miłość to za mało,żeby być ze sobą", ot tak,po 6 latach.Ból , którego doświadczasz minie ,oby szybko ,nie wiem co powiedzieć. Z muzycznych balsamów mogę jedynie polecić to co mi pomaga- Fado -antologia, Magda Umer-wydana ostatnio w serii kolekcja 20-lecia(trzy cudne płytki) a na deser coś wschodniego Tropami wysockiego "Pieśni narowiste"-Evgen Malinovski dla mnie jest niezwykły. No i wyszło szydło z worka -jazz znam tylko ze siesty Marcina Kydryńskiego i z Twojego bloga... Mimo wszystko pozdrawiam wiosennie,dobrze,że się odezwałaś M. Misza mruczy dla Ciebie jakoś bardzo ładnie...

jazzowa pisze...

Tak to z tymi smutkami jest... że czasami nietaktowne są zupełnie...
W temacie Twojej przyjaciółki - przykre usłyszeć coś takiego... tym bardziej, że nie wiadomo o co chodzi...Jakieś uniki... Co do mojego doświadczenia.. po prostu nie wiem... Myślę, ze nieszybko przestanę się dziwić...
A co do muzyki... Umer mi zapachniała niezwykle... zapomniałam o tym wydawnictwie.. a słyszałam... Pozostałe również zapoznam..
Misza niech mruczy... z mruczankami kocimi bardzo przyjemnie się przebywa...

polish jazz pisze...

Dawno nie pisałaś. Co u Ciebie jazzowa duszyczko? Pozdrowienia serdeczne bardzo :-)